Recenzja Pretty Face

Nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się wystawić maksymalnej oceny za kreskę lub fabułę, myślę jednak, że nie należy się temu dziwić, ponieważ swoje lata już mam i nie jestem dzieciakiem, którego można zaskoczyć lub zauroczyć byle czym, zresztą czytanie mangi mi nie umniejsza jeśli o to chodzi. Z tego względu moja wybredność, a raczej oczekiwania, są dosyć trudne do spełnienia i do tej pory trafiałem na tytuły, którym zawsze czegoś brakowało. Aż natknąłem się na dziwne cudo pt. Pretty Face autorstwa Kano Yasuhiro.

Jakość kreski
Na początek może zacznę od kreski. Jest ona dla mnie kontrowersyjna, ponieważ w wielu miejscach przypomina mi … shoujo. Z tego gatunku czytałem jedną mangę i dzięki Bogu tylko jedną, bo inaczej bym zwariował. Dziękuję mu podwójnie również za to, że nie jestem odbiorcą tego typu materiałów, bo czułbym się obrażony faktem, że ktoś próbuje mnie za przeproszeniem zgwałcić mentalnie i moralnie. No dobrze, wracając do kreski … największym problemem, jaki znalazłem w tej pozycji, jest może nie tyle problem z uchwyceniem niektórych ekspresji postaci (na ogół nieco za mało dosadne) co kłopot z oddaniem głównych założeń, jakie mandze przyświecały. O co chodzi? O feminizm i sposób jego oddawania. Postaci nie mają w sobie tego czegoś, wyglądają jak zmokłe kury tam, gdzie czytelnik powinien być dosłownie porażony ich urodą. Z jednej strony jest to dla mnie mocna wada, z drugiej jednak uzupełnia na swój sposób charakter całości, jako regularnej komedii z shounenowej półki. Na 52 podstawowe chaptery znalazłem w zasadzie tylko jedno ujęcie Yuny (Randou), które działa w 100% tak jak powinno, aż naprawdę chce się krzyknąć:

Najgorzej prezentuje się niestety pierwszy chapter (a nawet kilka pierwszych) pod względem jakościowym. Niestety, ponieważ wiele osób może sobie całość po jego obejrzeniu pochopnie darować z tego tytułu. Na szczęście im dalej w las tym lepiej, a więc zjawisko dosyć często spotykane.

Normalnie byłbym gotów wstawić tutaj za grafikę tak z ok. 5 punktów na 10, ale idąc po kolejnych chapterach okazuje się, że najlepszym elementem tej mangi jest charakterystyczny dla Yasuhiro dynamizm akcji, które przez to wyglądają po prostu rewelacyjnie. Ekstremalne ekspresje również dobrze się prezentują i stanowiły zapewne świetny sprawdzian przed Mx0, zatem fani genialnie narysowanych scen akcji nie będą na pewno rozczarowani i przełkną wszystko inne, stąd boost do końcowej oceny. Trochę gorzej prezentują się technikalia, tj. rozplanowanie kartoników w stosunku do stron: miejscami brakuje wyraźnie zaznaczonych przerw czasowych i w efekcie czytający gubi się na osi czasu wydarzeń nie wiedząc, czy między dwiema kolejnymi scenami autor przeskakuje część wydarzeń czy nie. Na szczęście więcej grzechów tej kreski nie znalazłem, także można przejść z recenzją do sedna.

Fabuła i realizacja
W zasadzie Pretty Face czytałem jednocześnie z Mx0 i bez trudu mogłem rozpoznać co było pierwsze, a co późniejsze oraz co lepiej, a co gorzej Yasuhiro wyszło, ale o tym pewnie dowiecie się z recenzji tej drugiej pozycji. PF to totalnie pokręcona, absurdalna komedia, w którym słowo absurd jest najlżejszym możliwym do użycia. Zaczyna się absurdalnie, trwa absurdalnie i kończy równie absurdalnie, dzięki czemu do ręki czytelnika trafia 52+1 chapterów dosłownie wypełnionych akcją. Byłoby zresztą sporo więcej, gdyby nie limit stron, jaki autorowi został narzucony, a co można wyczytać wprost między wierszami w jednym z chapterów.

Dawno dawno temu … w odległej galaktyce zwanej Japonią … historia zaczyna się – tak, znów użyję tego słowa – absurdalnie. Po prostu to jest tak głupie, że aż śmieszne i to mocno. Jest sobie nasz główny bohater, Randou Masashi (w mandze występuje też pod imieniem Randoh), szkolna gwiazda karate. Odnosi sukcesy na tym polu naprawdę niebywałe i choć jest ogólnie zabijaką, to jednak o dobrym sercu. Niestety miło było ale się skończyło, ponieważ Randou wracając po kolejnym wygranym turnieju ulega potwornemu wypadkowi autobusowemu. Cudem ocalały, w stanie głębokiej śpiączki i z masakrycznie zdeformowaną, spaloną do cna twarzą, trafia na stół operacyjny genialnego chirurga plastycznego – doktora Manabe, który posługując się znalezionym przy nim zdjęciem przywraca mu dawny wygląd. Trudno jednak Randou ukryć zdziwienie (delikatnie powiedziane), kiedy po roku wybudza się ze śpiączki i odkrywa, że ma piękną, dziewczęcą twarz. Mało tego, jest to twarz Riny Kurimi, dziewczyny, która mu się podoba (stąd noszone przy sobie zdjęcie). Rodziców już nie ma, nie wiadomo gdzie są, on „oficjalnie” nie żyje, dostaje więc napadu szoku, w którym to ucieka z placówki medycznej. Okazuje się że domu również nie ma, zastaje pustostan, także wrócić także nie ma gdzie. Szczytem pecha jest jednak natrafienie na ulicy na … Rinę. Katastrofa? Skądże! Rina rzuca się mu w ramiona myśląc, że to jej siostra bliźniaczka Yuna, która uciekła z domu i do tej pory nie dała znaku życia. Randou staje przed sytuacją, w której musi odnaleźć się w nowej, dziewczęcej roli. Pozorując amnezję stara się zaadaptować do nowego życia, ukrywając od tej pory swoją prawdziwą tożsamość, którą zdradzić może chociażby brak piersi lub „dziwna narośl między nogami”, a którą Dr. Manabe od czasu do czasu wspomina, czy aby Randou nie zechciałby usunąć (za co dostaje od niego każdorazowo szczodry łomot). Randou szybko wpada w kłopoty, ponieważ jego charakter i wybuchowość się nie zmieniły, równie szybko zostaje też uznany za dziewczynę-potwora, z którą nikt nie chce mieć na pieńku, choć każdy na swój sposób próbuje, ale ponad wszystkim stara się krok po kroku dowiedzieć więcej o siostrze Riny i w konsekwencji doprowadzić ją na powrót do domu. Tak właśnie się to wszystko zaczyna.

Brzmi durnie? I takie jest, ale to genialna komedia o epickich wymiarach. Sytuacje są tutaj tak, znów to słowo, absurdalne, że w wielu miejscach czytelnik zostaje nie tylko zalany akcją, ale też nieźle zaskoczony, ponieważ pointa sytuacyjna kończy się w różny sposób, najczęściej absurdalny, znów. Nie udało się niestety uciec od problemów, dziurek, niedociągnięć, ale całość, wraz z zakończeniem, prezentuje się doskonale. Akcja nie rozmydla się do ostatnich chapterów, a wszystko jest ze sobą połączone nawet wtedy, gdy ogólnie nie jest. O co chodzi? O wrażenie. Gdy czytacie tą mangę, to nawet mimo podejmowania z chapteru na chapter zupełnie innych sytuacji, wciąż nie gubicie głównego wątku. Nie mam pojęcia jak to się Yasuhiro udało, ale tylko w bardzo małej ilości miejsc można odczuć linie „klejenia” wydarzeń ze sobą. Zarówno PF jak i Mx0 mają w sobie to „coś”, co działa właśnie w taki sposób i mimo nawet tego, że kreska nie jest idealna, to nie możecie odejść od lektury.

Fabuła jest pociągnięta tutaj bardzo przemyślanie, a sytuacje są nie z tej ziemi, dzięki czemu naprawdę bardzo łatwo o parsknięcie śmiechem i wycieranie monitora. Co więcej, PF nie jest tego typu „wypadkiem przy pracy”, bo Mx0 również wykazuje te same cechy, za które i jedną i drugą pozycję obdarzycie naprawdę potężnym szacunkiem i uśmiechem na twarzy. Bardzo często spotkacie tu zwroty akcji i próby wyjścia wręcz za wszelką cenę z szablonu, które ogólnie wyszły mandze bardzo na dobre. Miejscami dosyć irytujące mogą się okazać co prawda problemy „techniczne” o których mówiłem wcześniej, ale ogólnie chyba nic nie jest w stanie zepsuć zabawy podczas czytania. Być może mało jeszcze widziałem w zakresie anime, ale bardzo mało sytuacji z Pretty Face mógłbym zobaczyć w innych tego typu realizacjach i chyba tylko Falk0m mógłby tutaj coś więcej powiedzieć. Ja od głosu się wstrzymam, zdradzać z toku wydarzeń też już nie będę, bo nie chcę odbierać Wam naprawdę ogromnej dawki przyjemności. Byłem gotów wystawić tutaj bardzo mocne 9,5/10, ale ze względu na brak ocen połówkowych, miałem wybór: albo 9 albo pełna dziesiątka. Wystawienie oceny niższej powodowało u mnie wyrzuty sumienia, bo tytuł jest naprawdę niezły w kategorii „komedie” i taka ocena byłaby dla niego trochę niesprawiedliwa, dlatego też, po przespaniu się z tym, wystawiam mimo wszystko maksymalną możliwą ocenę za fabułę, czyniąc Pretty Face pierwszą mangą, która może pochwalić się pełnym zestawem gwiazdek (ale tylko dlatego, że Kimi no Iru Machi wciąż wychodzi, a która jest wg mnie druga w kolejce w tym zakresie). Bardzo żałuję, że nie mogę wystawić tak wysokiej noty również za grafikę, bo gdyby i ten element stał na takim poziomie, byłoby niemal bezbłędnie.

Podsumowanie
Pretty Face nie jest mangą idealną – ma swoje wady, nie jest narysowana z taką gracją i finezją jak cokolwiek od Seo, czy taką jakością jak produkcje duetu Dal-Young + Soo-Hyun, ale najmocniejszą stroną są tutaj trzy rzeczy: sceny akcji, fabuła i rozmach. Realizacja jest naprawdę niesłychanie porywająca, przykuwa do fotela na długie godziny, chaptery „łyka się” jak kilometry na ekspresówce. Po prostu siedzicie, śmiejecie się kretyńsko w niebogłosy, z uśmiechem na twarzy łapiecie za głowę, klikacie na następną stronę i wpatrujecie się w kolejne kartoniki wręcz świecącymi w podejrzany sposób oczami – tak to wygląda i naprawdę nie przesadzam. Jeśli ktoś szuka betonowej komedii z absurdalnym humorem, koniecznie powinien sprawdzić Pretty Face.

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *