Recenzja Onihime VS

W przypadku mangaków wiele rzeczy jestem w stanie zrozumieć, ale nie umiem znaleźć logicznego wyjaśnienia postępowania, w którym podejmuje się wydawania kilku obiecujących tytułów jednocześnie tylko po to, aby historie kończyć naprędce z bliżej nieokreślonego powodu. Cierpi na tym całość, bo z dobrze zapowiadającego się story, dającego sporo możliwości na głębokie pociągnięcie w różnych kierunkach, robi się fatalnie rozdysponowany wagową ciąg, którego jednym z wielu wniosków końcowych jest „szkoda że nie chciało mu się zrobić więcej”. O czym mowa? O mandze Im Dal Younga pt. Onihime Versus, która dopiero dzisiaj została wreszcie do końca przetłumaczona.

Tak, jak możecie wywnioskować z okładki, OVS to typowe ecchi połączone z komedią, dramatem i supernaturalem, oczywiście w formie typowej haremówki. Jednak ponieważ autorem był Young, OVS był mangą, z którą wiązałem bardzo duże nadzieje na wykraczanie poza sztywne ramy wyznaczane przez połączenie wyżej wymienionych gatunków, a co nawet mu się udało. Recenzja nie będzie jednak specjalnie długa, ponieważ nie chciałbym zdradzać poszczególnych elementów fabuły.

Jakość kreski i aranżacja
Do kreski nie mogę się przyczepić, nawet gdybym chciał. Wszystkie karty są przygotowane zgodnie z doktryną Younga, czyli „maksymalna jakość za wszelką cenę”, za którą stał po raz kolejny Lee Soo Hyun. Cechują się dobrze rozplanowanymi kartonikami, w których nigdy się nie pogubicie, czytelnie zaznaczonymi pauzami, a także bardzo obfitym wykorzystywaniem rastrów, aż do przesady. Po tym co widziałem w Lunatic Takerze byłem pewien, że Hyun mnie nie zawiedzie w zakresie tworzenia mrocznych i bardzo sugestywnych scen. Widać wyraźnie, że wyraz gniewu, mrok i sceny walki to właśnie to, w czym pokazuje na co go stać. Każda zatem scena posiadająca w sobie te elementy faktycznie nimi z wielką mocą emanuje, jak chociażby walka Reny na placu budowy, jej późniejsze „ujawnienie się” pod sam koniec historii, czy też szał Hiny po tym jak Shouko została ciężko ranna przez przedstawicielkę klanu Zombie. Tak jak chwaliłem wielokrotnie Seo za sceny przedstawiające ruch, np. w Cross Overze, tak i jego darzę sporym uznaniem za umiejętność kreowania dynamicznych i pełnych gracji scen walki. Tak jak mocną stroną Lunatic Takera były głównie sceny psychotyczne, tak w Onihime VS są nią sceny walki. W przypadku recenzowanej przeze mnie wcześniej manhwy Younga, Unbalance x Unbalance, oraz patrząc na inne jego produkcje (Freezing, Koimoku) jakość kreski wzrosła przeogromnie, osiągając chyba maksymalny możliwy poziom. Nie ma już mowy o problemach z proporcjami, nie ma mowy o niedociągnięciach, a jedyną rzeczą do której potencjalnie można mieć zastrzeżenia, to retoryczne pytanie „dlaczego w echhi musi być tak mocno eksponowany biust”, ew. czy trzeba użyć aż tyle krwi na scenie, aby uczynić ją dramatyczną, choć to i tak nic w porównaniu z Lunatic Takerem. Duet obu panów tak czy inaczej trzeba docenić również z tego powodu, że doskonale się uzupełniają.

A skoro już o tym mówimy, to pomówmy o postaciach. Te są narysowane z bardzo dużą pieczołowitością, którą chyba najbardziej można zaobserwować na Kannie, a która jest poniekąd gwoździem programu, niemal na równi z głównym bohaterem. Wspomniany wyżej biust można spokojnie zrozumieć – to jest ecchi, więc po prostu tak ma być. Freezing też tak ma, wiele innych produkcji też tak ma, czasami aż do przesady i to grubej (Eiken Club). Popatrzcie na Kibitsu Momoko z Ookami-san: „Behold Momo-chan-senpai’s beautiful millent dumplings!”, po prostu ten typ tak ma i są ludzie, którzy tego właśnie szukają (w końcu to seinen), a co w ocenie swojej uwzględnić muszę. Poza tym każda z postaci ma swój własny charakter oraz podążający za nim zestaw cech fizycznych. Wyjątkiem jest chyba tylko główny bohater, którego budowa ciała przeczy roli, jaką odgrywa. Trudno mówić tu też o subtelności, jaką emanują postaci chociażby Seo, czasami i powadze, bo patrząc jednak na moby należące do Hiny musiałem sprawdzić, czy nadal czytam to co czytam, ale definitywnie nie jest źle, jest wręcz bardzo dobrze. Zatem za kreskę i realizację wystawiam bardzo wysoką notę.

Fabuła
Czy w takim układzie fabuła również zasługuje na miano wyśmienitej? Niestety nie, a przynajmniej nie do końca, ale po kolei. Historia zaczyna się obiecująco, choć może troszkę banalnie: mamy sobie bowiem miłego chłopaka, Kashiwagi Setsunę, mieszkającego ze starszą siostrą, dręczonego przez dziewczyny w szkole, mającego ciężką chorobę serca i ogólnie nieciekawą sytuację finansową, dzięki której siostra wpada w coraz to większe problemy typu windykatorzy spod celi i takie tam. Jego życie to pasmo ciągłego wielkiego cierpienia i niepewności jutra, a ponieważ nie może już znieść zarówno tego jak i bycia ciężarem dla siostry, postanawia ze sobą skończyć, a dokładniej skoczyć z mostu. Gdy już zdążył stanąć na balustradzie, pojawia się człowiek, przedstawiający się jako Middleman. Oferuje on naszemu bohaterowi pewną ugodę: jako że i tak chciał ze sobą skończyć, to może niech się na coś jego śmierć przyda. 10 milionów yenów za odkupienie swojego życia na rok i przebywanie z ludźmi, którzy owe pieniądze mają wyłożyć + ochrona dla jego siostry w zestawie. Wypłata w całości po upływie wymienionego okresu, żadnych ukrytych kosztów lub oprocentowania w skali roku.

Tak oto nasz kochany Setsuna wpada jak śliwka w wentylator, bowiem po drugiej stronie kontraktu znajdują się dwie siostry, a dokładniej księżniczki demonów: Kanna i Rena. Kanna jest dosyć samolubną, złośliwą i wygadaną jędzą, którą Setsuna zacznie z biegiem czasu darzyć ogromnym szacunkiem. Rena jest jej przeciwieństwem: nie mówi, porozumiewa się za pomocą notatnika, wykazuje sporo zdrowego rozsądku i nie jest tak impulsywna jak starsza siostra, stąd ich przeciwstawne sobie tytuły: Biała i Czarna księżniczka.

Żeby było miło i ciekawie, dojrzewające serce Setsuny, które jedna z nich ma zjeść, by stać się królową klanu Oni, przyciąga wszystkie złe istoty w okolicy, ponieważ jest źródłem ogromnej mocy dla każdego, kto je spożyje. Zwycięży jedna z sióstr, która najczęściej będzie przez Setsunę wzywana na pomoc. Tak zaczyna się 26-chapterowa zabawa z cokołem i kataną w dłoni.

Prócz interesującej fabuły zaczynają się też niestety i problemy, głównie z powodu, o którym pisałem na samym początku: wymuszone szybkie zakończenie. Dzięki niemu Middlemana nie zobaczymy już nigdy, jest to samo co zarzucałem w UxU, czyli porzucanie wątków, zupełne darowanie sobie zataczania logicznego kręgu od początku do końca. Wystarczyłoby, że pojawiłby się na końcu opowieści, a już byłoby sporo lepiej, tymczasem jego rola ograniczyła się do bycia kickstarterem całej historii, bez jakichkolwiek konsekwencji w zakresie dotrzymania lub niedotrzymania warunków umowy. Czytający zostaje wprowadzony w błąd, bo myśli, że Middleman jest postacią znaczącą, na której skupi się choć część zakończenia, a nie jest.

Dzięki niemu też będziemy mieli historię, która z każdej strony sprawia wrażenie, że mogła być pociągnięta jeszcze 10x do przodu, a także kilka fillerów, które w przypadku normalnego ciągu wydarzeń mogłyby spokojnie przejść. Tymczasem wygląda to tak, jakby zostały wstrzyknięte na siłę do ciągu fabularnego tylko po to, aby podbić liczbę chapterów i miejscami nie mieć zbytnio związku z całością, jak chociażby ten o romansie siostry Setsuny. Równie dobrze można było je dodać na samym końcu, jako epizody sytuacyjne, niezwiązane z resztą, albo po prostu ciągnąć dalej, bo wtedy miałyby większy sens. Wykres ciągłości po prostu pada na łeb na szyję dzięki wymuszonemu zakończeniu, a które i tak jest na tyle otwarte, że nic nie wyjaśnia i to przed upływem wymienionego jednego roku. Mogło być naprawdę nieźle, a wyszło tak, jakby czytało się mangę w wersji demo: tu zaczniemy normalnie, tu dorzucimy fillery, a tu zakończymy w szybkim stylu jak gdyby nigdy nic. Jednym słowem fabułę uważam za w dużym stopniu zmarnowaną, jeśli chodzi o jej potencjał. To mocne określenie, ale niestety takie bywają konsekwencje, gdy mangaka weźmie na siebie więcej, niż będzie w stanie udźwignąć. Z tego co słyszałem Koimoku prawdopodobnie będzie czekał taki sam los, ale brak fillerów w tamtejszej produkcji mimo wszystko dobrze rokuje w zakresie całości i może nie będzie tak źle. Pozostaje mieć nadzieję, że Im Dal Young wyciągnie z tej sytuacji odpowiednie wnioski.

Podsumowanie
Czy zatem Onihime Versus nie należy czytać, bo to strata czasu? Absolutnie nie. Będzie dziwnie krótka, to fakt, bo fabuła mimo wszystko wciąga i czyta się ją jednym tchem, a niektóre chaptery są dosyć obszerne. Będzie niezbalansowana pod kątem ciągłości, to fakt, bo fillery to jednak fillery. Będzie także i w/w wrażenie odcięcia fabuły cesarką i podwinięcia pępowiny zakończeniem trochę niepasującym do dramaturgii, na jaką zaczynała szykować czytającego na samym początku, ale mimo to nadrabia wszystkim pozostałym: dobrze zrobionymi innymi elementami układanki fabularnej, które nie sprawiają takiego wrażenia jak powyższe, scenami walki, heroizmem, pomysłowością niektórych scen, które definitywnie stawiają ją poza typowymi przedstawicielkami tego nurtu. Mógłbym się nad nią pastwić, bowiem pewien niedosyt tak czy siak pozostaje, ale nie powinien przesłaniać zalet, które manga ta definitywnie posiada.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *