Recenzja Mx0

Bardzo zróżnicowana i wartka akcja, której największą zaletą jest spójność – tak można w dużym skrócie określić mangę tworzoną przez Yasuhiro Kano. Ogólnie jednak zalet jest więcej: jak chociażby fakt, że ta konkretna pozycja jest bardzo przekonująca mimo, że dzieje się mocno na płaszczyźnie fantastycznej, tj. magii. To co się tam odstawia, wybija bardzo mocno ponad poziom Ayu Mayu czy Hayate no Gotoku, a które na swój sposób również nie były złe i choć jest to bardziej stonowany cykl wydarzeń niż w Pretty Face, to jednak muszę stwierdzić, że ponownie wyszło to wszystko idealnie. O czym mowa? O dziwnie brzmiącym tytule Mx0.

Jakość kreski
O oczko polepszyła się na tle PF, choć nadal nie jest to poziom światowy, jeśli mogę się tak wyrazić. Tak czy inaczej wreszcie nastąpił koniec z problemami na tle ekspresji, widać użycie paru typowych dla mangi szablonów postaci, lepiej jest też w kwestii rozegrania technicznego, także doświadczenia z Pretty Face nie poszły absolutnie na marne. Wreszcie mogę powiedzieć, że główny bohater wygląda dokładnie tak jak powinien, że postaciom żeńskim nie brak już tak feminizmu i że, choć nadal jest to specyficzna kreska, to nie mam już tego niepokojącego wrażenia, że patrzę na jakieś przemycane shoujo. Po prostu jakościowo wszystko wygląda lepiej, nie jest to może mistrzostwo galaktyki, ale naprawdę widać spory postęp.

Swoją drogą tym, którzy nie czytali recenzji Pretty Face, poradzę, aby to uczynili w najbliższym czasie, ponieważ pozwoli to zapoznać się dosyć dobrze z charakterystycznym podejściem Yasuhiro do realizacji scenariusza i kreski. Dowiecie się tam np. tego, że najmocniejszą stroną mangi Yasuhiro są sceny akcji, zaprezentowane naprawdę dobrze, z wyraźnie zaznaczonymi pozycjami, ruchem i siłą. Mx0 ze względu na realia, w jakich toczą się wydarzenia, obfituje mocno w takie akcje, także każdy poszukiwać dynamizmu będzie miał przed sobą prawdziwą ucztę dla oka.

Fabuła
Świat przedstawiony w Mx0 to połączenie realnego school life z fantastycznym, toczącym się za murami szkoły Seinagi. Placówka ta jest o tyle interesująca, że uczy … magii. Tu też pojawia się nasz główny bohater: Kuzumi Taiga. Ów młodzian niestety ma niesamowitego pecha, ponieważ przez przypadek nie udaje mu się mimo wszystko przejść egzaminu wstępnego – nie dość, że nie jest w stanie odczytać magicznych liter (nie ma podręcznika wejściowego), to jeszcze swoją odpowiedzią na pytanie co by zrobił gdyby posiadł umiejętności magiczne, wprawia w gromki śmiech jedną z dziewczyn obecną na sali egzaminacyjnej. Seinagi jest tak skonstruowana, że osoby niepowołane (czyli najczęściej zwykli ludzie) po przekroczeniu jej murów zapominają wszystko, co się tam wydarzyło, a co miałoby jakikolwiek związek z magią. Taiga owszem, zapomniał, ale nie dziewczynę, która nie mogła się powstrzymać od śmiechu i którą obwinia za swoje niepowodzenie. Czując jednak, że musi ją mimo wszystko odnaleźć, stara się bezskutecznie (bariera ochronna) dostać do środka. Jeden z nauczycieli, (Hiiragi sensei) myli go z innymi studentami, którym udało się zdać egzamin wstępny i wpuszcza go na teren szkoły. Tak zaczyna się totalna katastrofa, której efektem jest pozyskanie przez Taigę jego nauczycielskiej złotej magicznej karty (każdy student posiada swoją własną kartę) i pozostanie na terenie Seinagi jako jeden z jej rzekomych studentów. Umowa jest prosta: Hiiragi dał przysłowiowego „ciała” w zakresie ochrony placówki przed intruzami, więc powinien zostać wydalony. Jednakże razem z dyrektorką postanawiają zatrzymać Taigę w murach szkoły pilnując, aby nikt nie dowiedział się, że jego złota karta to blef. Najgorsze w tym wszystkim jednak to, że odnaleziona w Seinagi dziewczyna to córka… nie, więcej nie powiem, nie będę Wam zabierał tej przyjemności. Tak jednak zaczyna się kolejna podróż przez różnorakie absurdy, jakie mogą się wydarzyć w świecie, w którym sprawę można załatwić za pomocą magii.

Fabuła, nawet jeśli wydaje się tak samo kretyńska jak w przypadku Pretty Face, ma jednak w sobie wiele powagi. W przypadku Taigi, jego pobudki, postępowanie oraz podejście do siebie oraz otoczenia zmieniają się w sposób dynamiczny w pierwszych chapterach, dzięki czemu można zobaczyć bardzo ciekawą ewolucję, niekoniecznie związaną z ulepszaniem swoich zdolności magicznych (których zresztą i tak nie posiada). Oczywiście całość jest utrzymana w konwencji jak najbardziej wesołej, dzięki czemu ta komedia jest tak betonowa, że trzeba robić przerwy, bo zaczyna ciążyć. Pierwsze 38 chapterów robicie od niechcenia, a dalsze – nawet już nie wiecie kiedy. Przedawkowanie grozi poważnymi konsekwencjami umysłowymi, ponieważ każdy chapter jest mocno obładowany wydarzeniami i dialogami. Yasuhiro nie idzie na łatwiznę, chociaż można tak czasami wywnioskować po jakości użytej kreski. Zwroty akcji też są niezłe – kiedy myślicie że całość potoczy się w przewidywalny sposób, zbliża się ten moment, nagle… *puff*, wydarza się coś absurdalnego, czego byście się nie spodziewali. Mało tego, nie zdarza się to każdorazowo, więc w wielu miejscach pojawia się bardzo przyjemny element zaskoczenia czytelnika ze strony Yasuhiro. Akcja wydaje się być doskonale zaplanowaną i choć są miejscami pewne dziurki, to mimo wszystko wartkość pcha całość do przodu. Co prawda akcja trochę zaczyna zwalniać pod koniec, ale tylko w momentach typowo „fillerskich” na kształt Medaka Box, gdzie 10 chapterów to było bieganie po jakichś kretyńskich pomieszczeniach zaznaczając co rusz „stage cleared”. Tutaj na szczęście nawet i takie sceny są w stanie przykuć do lektury, później akcja znów przyspiesza, do tego stopnia, że potrafi na kilka chapterów przed zakończeniem zaserwować mocny zwrot akcji i nieszablonowe rozstrzyganie ciągniętych przez niemal całą mangę wątków – i to bez najmniejszego wrażenia sztucznego przyspieszania zakończenia, czy wręcz wymuszania go na siłę, jak ostatnio zaserwował mi w niesmaczny sposób Im Dal-Young w Onihime VS. Prawda, że Mx0 zakończenie ma dosyć otwarte, proszące się o pociągnięcie dalej, ale jak na 99 chapterów i tak jest dosyć nieźle zrobione.

Najważniejszą rzeczą jest tutaj całościowa wyższość tego tytułu nad Pretty Face. Fabuła wciąż jest świetna mimo pewnego rozwleczenia się w paru miejscach, sceny akcji nadal perfekcyjne, kreska mocno podniosła się do góry, jednym słowem więcej, lepiej i do przodu. Mx0 ma też swoje drugie dno, ponieważ poza wymiarem stricte komediowym porusza wątek ludzkich słabości i wiary w siebie. Przypomina mi się tutaj Ogata z Cross Overa, który wykazywał podobne cechy jak Taiga, także obu bohaterów można zaliczyć do moralnie usprawiedliwionych pozytywów, z tym że jeden jest z nich rekordowo trzepnięty i tak uparty, że aż niezniszczalny.

Podsumowanie
Pisałem o tym już przy Pretty Face, ale myślałem, że to Kimi no Iru Machi będzie pierwszą mangą na łamach MM, która otrzyma maksymalną notę (i pewnie tak będzie, o ile zakończenie nie rozczaruje), ale myliłem się – nie sądziłem, że zanim zostanie ukończona znajdę tytuł, którego scenariusz będzie z sukcesem mógł rywalizować z naprawdę grubymi tytułami. Do tego nie przypuszczałem nawet, że druga pozycja tego samego autora uzyska nie tyle podobny, co jeszcze lepszy wynik! Mx0 to brawurowa, absurdalna komedia, zakręcona jak korek w baku i przy tym spójna jak blok żelaza. W przypadku tej pozycji nie mam już żadnych wątpliwości jak przy PF i za fabułę daję mocną dychę. Manga naprawdę warta przeczytania!


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *