Recenzja Azusa

Kouji Seo swój debiut zaliczył swego czasu nie za sprawą wydania jakiejś pełnej, obszernej mangi, obarczonej ogromnym ryzykiem, tylko pieczołowicie przygotowanego one shota pt. Half & Half, opisywanego przeze mnie już jakiś czas temu. Taki typ publikacji nie został jednak po debiucie przez Seo zarzucony, wręcz przeciwnie. Od czasu H&H zdarzyło mu się stworzyć Yunę, która wydana została w tym samym czasie co Suzuka, tak samo udało się stworzyć Love Letters, dwa małe side story w ramach Kimi no Iru Machi, etc. Także mimo wydawania pełnych cyklicznych mang, Seo nie porzucił zajmowania się one shotami, choć z wcześniej wymienionego powodu spokojnie mógł to uczynić.

Jak zawsze mam problem z one shotami, jeśli chodzi o ich recenzowanie, aby nie zdradzić zbyt wielu szczegółów z i tak mocno ograniczonego zasobu stron z perypetiami bohaterów. Tytułowa Azusa Itou jest jedną z dwóch dziewczęcych piękności, występujących w ramach klubu tenisowego. W jednej z nich zakochuje się nasz główny bohater, Kuroda Kenji. Problem w tym, że obie piękności noszą takie same imię, a Kenji decydując się na tradycyjny list miłosny (tak, to romansidło, spodziewaliście się czegoś innego?) myli schowki na buty. Tak zaczyna się niechciana przez Kenjiego znajomość z “tą drugą” Itou, a co od tamtego czasu doprowadza go do złości, ale jednocześnie niemożności szybkiego odkręcenia sytuacji, zanim ta zdąży wymknąć się spod kontroli, bo akurat już zdążyła.

Do Azusy podchodziłem na początku wprowadzony w błąd, że jest to jeden z najnowszych jego one shotów, wydany stosunkowo niedawno. Dopiero w trakcie zorientowałem się, że coś tu nie gra. I rzeczywiście, Azusa została narysowana w 2005 roku, a więc zaraz po Suzuce, dlatego tak bardzo uderzające są trzy aspekty tego one shota: jakość kreski, postać Azusy i fabuła Yuny.

Gdzieś to już widziałem…
Kreska to w zasadzie stara i rysowana chyba nieco na szybko Suzuka, przez co wypada poniżej poziomu, do którego przyzwyczaja Seo w swoich aktualnych produkcjach. Mimo całego mojego szacunku do Seo, nie jestem zaślepiony jego osobą w żaden sposób i nie będę wyszukiwał tutaj na siłę żadnych wymówek co do jakości kreski. Bardziej skupiłbym się tutaj na zakreśleniu problemów, a którymi po dłuższym zastanowieniu nazwałbym tu “brak ogólnych proporcji elementów postaci”. Najbardziej widać to w momentach, gdy postaci patrzą na nas frontem i z lekko spuszczoną głową – te ogromne czoła i głowy wyglądają naprawdę groteskowo. Właśnie takie chwile są tymi, które odbierają mandze jej oczekiwaną “Seowską” subtelność, tak jak mnogie przesunięcia i dysproporcje. No ale cóż, stara manga powiedzmy, tak już jest i nic się nie da z tym uczynić. Zresztą wspominałem o tym już wcześniej, że nikt nie rodzi się od razu mistrzem kreski. A może jednak próbuję doszukać się jakichś wymówek?

Biorąc się za pozytywy z drugiej strony, najładniej dla Seo z tamtego okresu wypadały close-up’y i tak też jest w przypadku Azusy. Jest nich niewiele, ale stron też jest niewiele, więc wychodzi niewiele w niewielu, a zatem dosyć sporo (chyba tylko ja potrafię dojść do takiej konkluzji). To właśnie close-up’y w moim odczuciu mocno ratują poziom jakościowy, który, abyśmy się dobrze zrozumieli, nie jest wcale brzydki – po prostu moja czepialskość stoi na wysokim poziomie, ale chyba właśnie dzięki temu, że jestem aż tak wybredny, potrafię doszukać się rzeczy, na które normalnie mało kto by zwrócił uwagę.

Ją też już gdzieś widziałem…
Co do postaci Azusy, od samego początku chodziła mi po głowie myśl “skądś ją znam”. I miałem rację, jest bardzo podobna do Honoki z Suzuki. Jak widać już wtedy Seo posługiwał się przekładaniem postaci między swoimi produkcjami, a co aktualnie bardzo dobitnie możecie zobaczyć na przykładzie chociażby Eby Yuzuki z Kimi no Iru Machi i Lucii z Princess Lucia, gdzie wizualnie jest to jedna i ta sama postać (pomijam rogi i ogon, naturalnie). Będę to również mocno punktował, gdy przyjdzie czas na recenzję Lucii (a która na pewno się pojawi, ziemię będę jadł a wezmę i napiszę, nie może inaczej być), ale bynajmniej jako negatyw a pozytyw. Dlaczego? Bo Seo zamiast iść na łatwiznę, tj. kserując postać 1:1 między jednym a drugim tytułem, wychodzi po prostu od niej dodając jej sporo nowych cech i w efekcie definiując na nowo, jednocześnie studiując jej zachowanie. Dzięki temu ma się wrażenie, że dana postać z jednej mangi na drugą staje się doskonalszym i pełniejszym tworem pod względem charakteru i wzorów zachowawczych. I tu dobrym przykładem jest wymieniona przeze mnie Yuna, której “ulepszoną wersją” jest Akari z Kimi, a później El z Lucii. Azusa w analogiczny sposób czerpie garściami z cech charakteru Honoki, choć pokazuje przy tym odbicie w wielu miejscach inne, niż można byłoby się po Honoce spodziewać. A ja przyznam się Wam, że absolutnie nie mam nic przeciwko takiemu doskonaleniu postaci i jednocześnie samodoskonaleniu siebie. W sumie jak tak patrzę to czy przypadkiem Kenji nie przypomina Yamato z Suzuki? Nie, dobra, starczy…

A tak w ogóle to skądś ja to wszystko znam…
Niestety na koniec zostawiłem sobie fabułę Yuny. “Niestety”, ponieważ mocno mi ją ten one shot przypomina. Co prawda jest to tylko mój domysł, ale potrafię łączyć ze sobą różne fakty i wychodzi mi z tego dosyć mocne wrażenie, że Azusa to nic innego jak konwersja Yuny ale od strony nie gwałtownego i bezpośredniego charakteru Akari/Yuny, a delikatnej i radosnej Honoki. Niemniej jednak poczytuję to za minus. Ogólnie może powiem tak, że fabuła jest dla mnie lekkim minusem, ponieważ spodziewałem się więcej i głębiej. One shot ma tylko 36 stron, nie da się tu opowiedzieć aż tyle, żeby wyszło z tego coś naprawdę epickiego, wiem to doskonale, ale mimo wszystko brakuje mi tu tego tupnięcia emocjonalnego z chociażby Half & Half, gdzie przecież to był jego pierwszy one shot. Aby nie być gołosłownym, spróbuję nakreślić problem z jednoczesnym omijaniem fabuły: zauważcie, czy przypadkiem przemyślenia bohatera w pewnym momencie nie są zbyt płytkie, a decyzja podjęta przez niego nie została zbyt szybko. Nie było refleksji, rachunku sumienia z samym sobą, nie było stanięcia przed lustrem i powiedzenie sobie wprost co się czuje, była tylko mglista dywagacja ze swoim przyjacielem na dachu, z której przemyślenia nie płyną w sposób oczywisty i dosadny. W tamtym momencie jednym z błędów moim zdaniem było zbytnie ukrycie wypowiedzi jasno sugerującej, że Kenji przeczy sam sobie i nie jest ze sobą w ogóle szczery. Może ogólnie ten moment nie został zbyt wyraźnie zaznaczony, przez co ma się takie wrażenie – stąd lekki minus. W moim przypadku chyba największą wadą okazała się moja własna osoba, ponieważ ze względu na konwersję fabuły z Yuny w zasadzie od pewnego momentu dokładnie wiedziałem jak to się skończy, ale mimo to jest to minus, że tak to zostało przez Seo zaaranżowane.

Podsumowanie
Mimo wszystko muszę przyznać, że nawet z niedociągnięciem głębii fabuły, podobieństwem do Yuny, cechami Honoki i trochę odstającą od regularnego poziomu Seo jakością kreski, mangę czyta się w miarę dobrze. Jeśli do mangi podchodzi się bez znajomości Suzuki oraz Yuny, jej wartość rośnie, także odcinając się od takiego doświadczenia można spokojnie stwierdzić, że Azusa jest nieprzygnębiającym mikro-romansem z zakończeniem, który można śmiało wziąć sobie do porannej kawy bez ryzyka, że straci ona swój smak, albo jej zawartość w pewnym momencie znajdzie się na monitorze. Pozostałych ostrzegam, że niestety czytając Azusę będziecie mieli wrażenie “gdzieś to już widziałem, gdzieś to już czytałem”.

 

Za tłumaczenie z bardzo dobrym skutkiem zabrali się ludzie z Red Hawk Scans, także mangę możecie przeczytać online pod tym adresem: KLIK


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *